top of page

Świat bez dzieci. Tak wygląda przyszłość wyludniającego się kraju

Zdjęcie autora: Kuba Stasiak
Kuba Stasiak
28 wrz
4 minut(y) czytania

Jeszcze niedawno światowa populacja rosła niemal wszędzie. Dziś coraz więcej krajów ma problem nie z nadmiarem ludzi, lecz z brakiem kolejnego pokolenia. Polska należy do państw, w których ten proces widać szczególnie wyraźnie: rodzi się coraz mniej dzieci, a liczba osób w wieku produkcyjnym będzie spadać. To zmienia nie tylko statystyki ludności, ale też przyszłość rynku pracy, emerytur i całych miast.


W 2025 roku w Polsce urodziło się niespełna ćwierć miliona dzieci – najmniej w całym okresie powojennym. W rekordowym 1983 roku było ich ponad 720 tys. Tymczasem w ubiegłym roku zmarło ponad 400 tys. mieszkańców kraju, a zgonów było o około 168 tys. więcej niż urodzeń. To oznacza zmianę fundamentu polskiej gospodarki: mniej pracowników, słabszą presję na wzrost produkcji i coraz trudniejszą walkę o utrzymanie tempa rozwoju.


Najpierw znika dziecko, potem znika dorosły


Przez trzy dekady Polska korzystała z czegoś, czego nie wpisywano do rachunków PKB: z dużych roczników wchodzących na rynek pracy. Fabryki, biura, sklepy, budowy i usługi dostawały kolejne miliony pracowników. Teraz ten zasób zaczyna się kończyć. Według OECD do 2050 roku liczba Polaków w wieku 15-64 lata może spaść z 24,8 do 19,8 mln.


To zmienia punkt ciężkości gospodarki. Dotychczas można było zwiększać produkcję, zatrudniając więcej ludzi. W przyszłości trzeba będzie podnosić produkcję bez zwiększania liczby ludzi. To znacznie trudniejsze zadanie.


To zmienia samą logikę wzrostu. Kiedy pracowników zaczyna ubywać, gospodarka może rosnąć tylko wtedy, gdy ci, którzy pozostają na rynku pracy, będą wytwarzać więcej. Firmy będą więc musiały coraz mocniej inwestować w technologie, automatyzację i organizację pracy, która pozwala zrobić więcej w tym samym czasie.


Wcześniej można było w dużej mierze zwiększać skalę działalności, zatrudniając kolejnych ludzi. Teraz ciężar wzrostu przesuwa się na produktywność - a ta wymaga kapitału, inwestycji i znacznie większej wydajności pracy.


Czy będziemy pracowali więcej?


W gospodarce, w której ludzi do pracy będzie ubywać, czas pracy staje się jednym z najważniejszych zasobów. Polska wchodzi więc w dość osobliwy moment: z jednej strony musi nauczyć się wytwarzać więcej w ciągu każdej przepracowanej godziny, z drugiej zaczyna testować rozwiązania, które tych godzin będzie jeszcze mniej.


W 2025 roku państwo uruchomiło pilotaż skróconego czasu pracy. Firmy mogą testować różne modele (od czterech dni pracy po krótsze dni robocze) przy zachowaniu wynagrodzeń i zatrudnienia na określonym poziomie. Testy prowadzone są w 2026 roku, a ich podsumowanie ma nastąpić już za rok.


Na pierwszy rzut oka wygląda to jak sprzeczność. Polska potrzebuje więcej produkcji na jednego pracownika, a jednocześnie chce sprawdzić, czy można osiągnąć ją przy mniejszej liczbie godzin. Ekonomicznie odpowiedź zależy od jednego słowa: produktywność.


(Współczynnik dzietności wynosi w Polsce około 1,1 dziecka na kobietę.)
(Współczynnik dzietności wynosi w Polsce około 1,1 dziecka na kobietę.)


Marcin Mrowiec, ekonomista Banku PKO, od lat zwraca uwagę, że w warunkach kurczącej się podaży pracy ostrzegał przed skracaniem czasu pracy, porównując taki ruch do „siedzenia na schnącej gałęzi i postanowienia, że jeszcze ją podpiłujemy”. Jego argument jest prosty: skoro ludzi będzie mniej, każda godzina pracy będzie miała większą wartość.


W podobnym tonie wypowiada się także prof. Iga Magda, wiceprezeska Instytutu Badań Strukturalnych (IBS), która przestrzega, że wraz ze zmianami technologicznymi i wzrostem kwalifikacji pracowników nie następuje automatyczne skracanie czasu pracy. Jej zdaniem wyniki pilotażu trzeba będzie interpretować ostrożnie, ponieważ firmy, które zdecydują się na udział w programie, mogą być lepiej przygotowane do organizacyjnych zmian niż przeciętne przedsiębiorstwo.


Migracja jako środek zastępczy


Przez kilka ostatnich lat Polska zaczęła łatać demograficzną dziurę pracownikami z zagranicy. To już nie jest margines rynku pracy. W 2024 roku liczba zarejestrowanych zagranicznych pracowników sięgała około miliona, a według OECD napływ migrantów zwiększył podaż pracy w Polsce o około 2 proc. i złagodził presję na wzrost płac.


Migracja zrobiła więc coś, czego nie da się osiągnąć samą polityką gospodarczą: w krótkim czasie zwiększyła liczbę osób mogących pracować. Dzięki temu firmy dostały ludzi, których zaczynało brakować, a gospodarka mogła nadal rosnąć mimo coraz słabszej demografii.


Pierwszym dużym testem tej zmiany byli Ukraińcy. Po 2022 roku Polska w krótkim czasie przyjęła setki tysięcy osób, z których znaczna część natychmiastowo weszła na rynek pracy. W ten sposób wojna, choć z zupełnie innych powodów, przyspieszyła proces, który demografia i tak zaczynała wymuszać: Polska stała się krajem, który zaczęła absorbować pracowników przyjeżdżających z zewnątrz.


Mniejsza Polska


Najtrudniejsza część tej historii zaczyna się wtedy, gdy spojrzymy poza rynek pracy. Mniejsza liczba mieszkańców oznacza również także uszczuploną bazę podatkową, spadek klientów, liczby dzieci w szkołach i osób korzystających z lokalnych usług.


Państwo nie może jednak kurczyć się w takim samym tempie jak populacja. Infrastruktura i usługi publiczne mają swoje koszty, które nie znikają wraz z odpływem mieszkańców. Utrzymanie ich na dotychczasowym poziomie będzie więc coraz większym obciążeniem dla mniejszej liczby podatników, szczególnie w regionach, które będą traciły ludność najszybciej.


Podobne pęknięcie pojawi się na rynku mieszkaniowym. Polska przez lata budowała mieszkania z myślą o rosnącej liczbie gospodarstw domowych i koncentracji ludności w miastach. Wraz z depopulacją część tego popytu zacznie znikać.


Wyludniające się miejscowości mogą zostać z zasobem mieszkań, których będzie więcej, niż potrzebują ich mieszkańcy, podczas gdy największe ośrodki nadal będą przyciągać ludzi i kapitał. Rynek mieszkaniowy coraz wyraźniej zacznie więc zależeć od tego, gdzie ludzie zostaną, a gdzie ich zabraknie.


Demografia zacznie więc zmieniać geografię kraju. Kapitał będzie płynął tam, gdzie pozostaną ludzie, kompetencje i popyt. Mniejsze ośrodki będą musiały walczyć o mieszkańców, przedsiębiorstwa i usługi. Część z nich może znaleźć nową specjalizację, inne będą stopniowo tracić znaczenie.


Demografia nie zatrzyma rozwoju Polski. Zmieni jednak jego warunki. Przyszłość będzie wymagała czegoś znacznie trudniejszego: wzrostu w kraju, który z każdym pokoleniem będzie miał mniej rąk do pracy.















Komentarze


Obserwujesz absurdy polityki i gospodarki?

Dołącz do Atlasu Przyszłości i kreuj z nami pozytywne rozwiązania!

Chcesz nas zainspirować pomysłem na tekst? Napisz do nas na info@atlasprzyszlosci.pl

Zapisz się do newslettera i obserwuj nas regularnie. 

bottom of page