top of page

Czy za dziesięć lat nadal będziemy zakładnikami wydarzeń w Ormuzie?

  • Zdjęcie autora: Kuba Stasiak
    Kuba Stasiak
  • 2 lip
  • 5 minut(y) czytania

Droższe paliwo, wyższe rachunki i niepewność na rynkach. Cieśnina Ormuz od pół wieku pozostaje jednym z najbardziej zapalnych punktów światowej gospodarki. Dlaczego od 50 lat świat wciąż boi się dokładnie tego samego?


Polacy zapłacą za to, ile kosztuje niepewność na światowych rynkach


Polska leży ponad cztery tysiące kilometrów od Zatoki Perskiej, ale wystarczy kryzys na kilkudziesięciokilometrowym przesmyku między Iranem a Omanem, by kilka tygodni później podrożało tankowanie samochodu w Częstochowie czy rachunek za ogrzewanie w Warszawie.


Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że znajdujemy się poza zasięgiem konfliktu. Polska gospodarka nie jest w końcu uzależniona od ropy z Zatoki Perskiej, a napięcia na Bliskim Wschodzie zaczęły powoli słabnąć.


Szkopuł w tym, że po odstąpieniu od umów na zakup rosyjskiego gazu w 2022 roku, staliśmy się częściowo uzależnieni od sytuacji na globalnym rynku LNG (skroplonego gazu ziemnego).  


Polska coraz mocniej opiera się na imporcie LNG, dostawach z Norwegii oraz wspólnym rynku europejskim. 


I tu właśnie zaczynają się schody, bo Cieśnina Ormuz odpowiada za około 20 procent światowego handlu tego surowca i stanowi istotny element geopolitycznej układanki.


Zakłócenia w Ormuzie oznaczają przede wszystkim:

  • rosnące ceny baryłek ropy,

  • wyższe ceny paliwa,

  • drożejące koszty transportu.


Jak odczuwa to Polska i Europa?

  • ceny gazu zaczynają powoli rosnąć,

  •  rachunki za energię idą w górę,

  •  koszty produkcji przemysłowej stają się coraz droższe.


Z naszej perspektywy nie jest więc problemem to, czy i kiedy Stany Zjednoczone wypracują pełne porozumienie z Iranem, lecz to,  jak od tej pory będzie przebiegał transport statków przez Cieśninę.


I choć częściowe zażegnanie napięcia między Waszyngtonem a Teheranem powinno ustabilizować sytuację w samym Ormuzie, transport LNG pozostanie obarczony podwyższonym ryzykiem.


Traci prawie każdy, zyskują nieliczni


Paradoksalnie, nie ma na świecie państwa, któremu zależy na pełnej blokadzie Cieśniny. Dla Iranu jest to najważniejsza karta przetargowa w negocjacjach ze Stanami Zjednoczonymi i mocny środek nacisku na ich sojuszników.


Nie zmienia to faktu, że większość irańskiej ropy również opuszcza Zatokę Perską przez Ormuz. Jeśli Teheran porwałby się na całkowitą blokadę cieśniny, utrudniłby eksport także sobie.


Na sytuacji korzystają wyłącznie eksporterzy spoza Zatoki, którzy mogą z tej okazji podnosić ceny surowca.


Pomimo rokowań między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, najbardziej realny scenariusz zakłada, że choć statki nadal będą pokonywały cieśninę, będą to robiły wolniej i drożej. I tylko do czasu następnego kryzysu.


Nie tylko Bliski Wschód


W perspektywie ostatnich kilku lat paraliż Cieśniny okazuje się największym kryzysem transportowo-energetycznym w skali świata, choć wcale nie jedynym. 


W 2021 roku megakontener Ever Given osiadł na mieliźnie w Kanale Sueskim, a przez kolejnych sześć dni globalny handel został sparaliżowany na niespotykaną do tej pory skalę. 


Dzienny koszt zastoju potrafił wynieść nawet dziesięć miliardów dolarów. 

Ever Given jest dziś jednym z najlepszych studiów przypadku pokazujących, jak bardzo globalizacja opiera się na kilku strategicznych punktach. 


Tydzień ,,wyjęty z życia” Kanału oznaczał więc olbrzymie straty dla sektora logistyki, które miały być odczuwalne przez kolejne miesiące i lata. Przypadek Ever Given stanowi również przestrogę


Bo skoro jeden statek sparaliżował Kanał Sueski na sześć dni, trudno wyobrazić sobie skutki wielomiesięcznego wykorzystywania Cieśniny Ormuz jako politycznej karty przetargowej.


Pierwsze tymczasowe porozumienie pokojowe między Stanami Zjednoczonymi a Iranem i częściowe ponowne otwarcie cieśniny doprowadziły do rekordowych wzrostów na giełdach oraz spadku ceny ropy. Tyle w teorii.


Wystarczyło bowiem parędziesiąt godzin, by rząd w Teheranie ponownie zagroził ograniczeniem ruchu i przywróceniem części restrykcji.


Blisko 50 lat po słynnej ,,wojnie tankowców” światowe rynki nieustannie wracają do tego samego pytania. Nie chodzi bowiem o to, czy Ormuz zostanie kiedyś całkowicie zamknięty. 


Chodzi o to, że już sama możliwość takiego scenariusza wystarcza, by poruszyć ceny energii, giełdy i polityczne kalkulacje na całym świecie. To właśnie dlatego od ponad pół wieku inwestorzy, armatorzy i rządy boją się dokładnie tego samego miejsca.


Lekcja dla Europy. Jak skutecznie uniezależnić się od Ormuzu? 


Niepewność na Bliskim Wschodzie to sygnał dla Polski i Europy, że czas postawić na rozwiązania, które uniezależnią nasze rynki od geopolitycznych zawirowań.


[...] W kontekście sprawy Iranu i Cieśniny Ormuz ja tylko nieśmiało przypomnę, że kryzys naftowy z 1973 r. pchnął Francję do głębokiej dekarbonizacji - pisał już w marcu analityk Jakub Wiech.

Odpowiedzią Paryża było stworzenie jednego z największych programów energetyki jądrowej na świecie. Efekt? Francja zmniejszyła zależność od dostaw paliw kopalnych i sytuacji na globalnych rynkach.


Poza atomem najpewniejszymi odpowiedziami na kłopoty w Ormuzie są rozproszenie dostaw i budowa strategicznych rezerw ropy i paliw. To jednak kosztuje.  

Sprowadzanie gazu od kilku dostawców oznacza droższe kontrakty, a więc i wyższe rachunki za energię. 


Strategia oparta na tworzeniu strategicznych rezerw surowca zakłada z kolei, że Polska powinna utrzymywać zapasy odpowiadające ok. 90 dniom importu. 


Mechanizm jest prosty. Rząd kupuje ropę po cenach rynkowych i staje się jej właścicielem. Kiedy dochodzi do kryzysu, a na rynku zaczyna brakować dostaw, zapasy są ,,uwalniane”, żeby odciążyć krajową gospodarkę. Im więcej rezerw, tym większa szansa, że dane państwo uniknie turbulencji pokroju Ormuzu. 


Jednym z wentyli bezpieczeństwa energetycznego dla Polski jest również uruchomiony w 2022 r. Baltic Pipe. Gazociąg nie zastąpi natomiast gazu, jeżeli zabraknie go na światowym rynku LNG.


I choć po kryzysie gazowym Europa przyspieszyła budowę terminali LNG i otworzyła nowe połączenia gazowe, znacznie mniej mówi się jednak o tym, że wciąż uzależnia swoją gospodarkę od surowca, którego światowe ceny ustalane są tysiące kilometrów od europejskich granic. 


Gdyby ponownie doszło do wojny regionalnej, a Iran rzeczywiście zablokowałby cieśninę, świat mógłby doświadczyć kryzysu energetycznego porównywalnego z tym z 2022 roku. A na to polska gospodarka nie jest w pełni przygotowana.


Podsumowanie. Co możemy robić lepiej?


Wiemy już, jakie rozwiązania zwiększają bezpieczeństwo energetyczne. Pytanie brzmi, dlaczego wciąż wdrażamy je tak powoli.


Jednym z powodów jest traktowanie cen energii jako sondażowego wabika przed wyborami. Istnieje bowiem przekonanie, że wyborcy szybciej zauważą wzrost rachunków niż korzyści z inwestycji, które mogą zapobiec kryzysowi dopiero za kilka lat. 


Paradoks polega na tym, że bezpieczeństwo energetyczne jest łatwe do uzasadnienia dopiero wtedy, gdy dochodzi do kryzysu. Kiedy ceny energii są niskie, inwestycje w nowe magazyny, rezerwy paliw czy dodatkowe kierunki importu wydają się kosztownym luksusem. A z politycznego punktu widzenia podobne wydatki ciężko jest uzasadnić. Koło się zamyka.


Do tej pory Europa, a co za tym idzie, również i my, stawiała na tańszą, a nie bezpieczniejszą energię, czego najlepszym przykładem jest rosyjski gaz. Zakup surowca był tani, dostawy z Norwegii stabilne, a ropa z Bliskiego Wschodu płynęła bez większych zakłóceń. Dopiero wydarzenia z 2022 roku pokazały, że rynek nie zawsze działa


Jednym z głównych wyzwań dla polskiego sektora energetycznego pozostaje również zwiększenie pojemności magazynów gazu. Choć Polska może się pochwalić siedmioma takimi składami, i tak mamy ich mniej niż Włosi czy Niemcy. 


Dlaczego nie robimy więcej? Bo podobne przedsięwzięcia liczone są w miliardach złotych, a państwo musi finansować zarówno budowę magazynów gazu, jak i utrzymywanie strategicznych rezerw ropy oraz paliw


Ostatnie lata przyniosły kilka ważnych inwestycji:

  • uruchomiono Baltic Pipe,

  • rozbudowano terminal LNG w Świnoujściu,

  • trwa budowa FSRU w Gdańsku,

  • rozwijane są interkonektory z Litwą i Słowacją.


To pokazuje, że kierunek zmian został wyznaczony. Problem polega na tym, że infrastruktura rozwija się wolniej niż geopolityka.


Międzynarodowa Agencja Energetyczna podkreśla, że bezpieczeństwo energetyczne nie zależy już wyłącznie od liczby podpisanych kontraktów na import ropy i gazu. Powinniśmy się więc skupić na rozwijaniu własnych źródeł energii (w tym OZE) i poprawie efektywności energetycznej


Niezależnie od skali inwestycji, Polska gospodarka w najbliższych latach i tak będzie funkcjonować w warunkach kontrolowanej niestabilności


I choć bezpieczeństwo energetyczne zawsze kosztuje, historia pokazuje, że koszt przygotowania na ciężkie czasy niemal zawsze okazuje się niższy od ceny samego kryzysu



Komentarze


Obserwujesz absurdy polityki i gospodarki?

Dołącz do Atlasu Przyszłości i kreuj z nami pozytywne rozwiązania!

Chcesz nas zainspirować pomysłem na tekst? Napisz do nas na info@atlasprzyszlosci.pl

Zapisz się do newslettera i obserwuj nas regularnie. 

bottom of page