El Niño wraca. Tym razem na rozgrzaną planetę
- Kuba Stasiak
- 22 sie
- 3 minut(y) czytania
El Niño zaczyna się tysiące kilometrów od Polski. Nie mówi nam, jaka będzie pogoda za pół roku, ale daje coś bardzo cennego: czas. Pytanie brzmi, czy potrafimy go wykorzystać.
,,Dzieciak" poza kontrolą
W środkowej i wschodniej części równikowego Pacyfiku woda staje się niezwykle ciepła, zmieniają się wiatry, a wraz z nimi układ opadów w różnych częściach świata. W jednym miejscu oznacza to większe ryzyko suszy, w innym ulewnych deszczy, upałów albo pożarów. Zanim skutki pojawią się na lądzie, meteorolodzy mają jednak czas, by określić najbardziej prawdopodobne scenariusze.
W sierpniu NOAA oceniła, że El Niño się wzmacnia, a prawdopodobieństwo bardzo silnego wydarzenia jesienią i zimą 2026/27 przekracza 90 procent. Modele wskazują, że zjawisko może osiągnąć szczyt między październikiem a styczniem. To właśnie dlatego El Niño jest interesujące nie tylko dla meteorologów: jego rozwój można śledzić z wyprzedzeniem.
Co to dla nas oznacza?
Do Polski El Niño dociera okrężną drogą. Zmiany temperatury oceanu na Pacyfiku wpływają na cyrkulację atmosferyczną, a ta może zmieniać pogodę także w Europie. O tym, jaka będzie polska zima, decyduje znacznie więcej czynników, przede wszystkim sytuacja nad Atlantykiem i faza NAO. El Niño jest więc jednym z elementów układanki, a nie pogodową wyrocznią.
Dla Polski ważniejsze może być jednak to, co dzieje się „po drodze”. Jeżeli anomalia uderzy w zbiory w Ameryce Południowej, Azji czy Australii, skutki mogą pojawić się w Polsce nie jako anomalia pogodowa, lecz jako problem z ceną albo dostępnością produktu. Susza albo ulewy w Azji, Australii czy Ameryce Południowej mogą ograniczyć produkcję ryżu, kawy, kakao, olejów roślinnych czy cukru. I właśnie dlatego Bank Światowy zalicza pojawienie się El Niño do ryzyk, które w 2026 roku mogą podbić ceny żywności powyżej obecnych prognoz.
Susza może uderzyć także w energetykę. W krajach zależnych od hydroenergetyki mniej wody oznacza mniej prądu z elektrowni wodnych i większą presję na pozostałe źródła energii. Badania Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazują, że historycznie zjawisko wpływało zarówno na ceny surowców, jak i inflację, choć skala tego efektu bardzo różniła się między krajami. Dla Polski oznacza to raczej kolejne źródło presji na ceny niż osobny kryzys gospodarczy.
Mamy za to własny problem, na który El Niño może nałożyć się jak kolejna warstwa. Ostatnie lata przyniosły nam coraz większe problemy z wodą: 2025 był w Polsce rokiem suchym, a w 2026 roku susza hydrologiczna utrzymuje się mimo kolejnych opadów. W połowie sierpnia IMGW informowało o 100 obowiązujących ostrzeżeniach przed suszą hydrologiczną. Na 326 stacjach hydrologicznych poziom przepływu wody był niższy od wartości uznawanej za średni niski przepływ.
Przezorny (nie) zawsze ubezpieczony
Kawa jest dobrym przykładem tego, jak daleko może sięgać taki łańcuch zależności. Jej cena w Polsce zależy między innymi od tego, co dzieje się na plantacjach po drugiej stronie świata. Kiedy podczas radiowego wywiadu zapytano ministra rolnictwa Stefana Krajewskiego o rosnące ceny kawy, odpowiedział, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy jako naród sięgnęli po alternatywę z żołędzi.
To oczywiście żart, ale pokazuje szerszy problem. Bo o ile żaden urzędnik nie jest w stanie przewidzieć ceny kawy czy innych produktów, może i powinien obserwować sygnały, które zwiększają prawdopodobieństwo problemów z dostawami, i odpowiednio wcześnie reagować.
W Polsce problemem pozostaje przełożenie wiedzy o zagrożeniach na konkretne działania. Jeszcze w 2024 roku Najwyższa Izba Kontroli alarmowała, że działania na rzecz zwiększania retencji na terenach rolniczych były realizowane znacznie wolniej i na mniejszą skalę, niż zakładano. W jednym z kontrolowanych programów plan zakładał zwiększenie retencji o 100 mln metrów sześciennych, a osiągnięto 10,1 mln. Podobne problemy dotyczą gospodarowania wodą w miastach, gdzie przez lata rozwijano przede wszystkim systemy odprowadzania deszczówki, zamiast traktować opad jako zasób, który warto zatrzymać.
Problem nie polega więc na tym, żeby przewidzieć przyszłość co do dnia. Chodzi o to, żeby wiedzieć, gdzie ryzyko jest największe, i odpowiednio wcześnie skierować tam pieniądze, inwestycje albo pomoc dla rolników. Do tego potrzebne są nie tylko dobre prognozy, ale także instytucje, które potrafią z nich korzystać. Informacja o rosnącym ryzyku suszy niewiele daje, jeśli między meteorologiem a decyzją o inwestycji, zmianie uprawy czy zabezpieczeniu dostaw jest kilka kolejnych procedur.
El Niño jest więc testem nie tyle naszych zdolności przewidywania, ile zdolności reagowania. Prognoza daje kilka miesięcy. To wystarczająco dużo, żeby podjąć decyzję, ale zdecydowanie za mało, żeby zbudować od zera sprawne państwo, odporną infrastrukturę czy bezpieczną gospodarkę.



Komentarze