Ile kosztuje brak reformy ochrony zdrowia?
- Kuba Stasiak
- 17 sie
- 4 minut(y) czytania
Pomiędzy ,,Polska potrzebuje więcej lekarzy" a ,,kształcimy ich zbyt wielu", debata o zarobkach medyków nabrała nieoczekiwanego rozpędu. Opinia publiczna od lat nawołuje do gruntownej reformy systemu ochrony zdrowia, podczas gdy nikt, włączając w to polityków, nie potrafi uporać się z najprostszymi pytaniami, jak to, gdzie kończy się inwestycja w ochronę zdrowia, a zaczyna koszt, którego państwo może nie udźwignąć. I jak na tym wszystkim ucierpiał status lekarza?
Lekarz stał się drogim zasobem
Tygodnie medialnej burzy, parę niefortunnych komentarzy ze strony środowiska i do tego niefrasobliwość rządu. Tyle wystarczyło, by lekarze stali się obecnie najczęściej krytykowaną grupą zawodową w Polsce. Afera, która zaczęła się od milionera kierującego SOR-em w Warszawie, ujawniła problemy, które narastały od lat.
W 2017 roku państwo wprowadziło ustawowy mechanizm ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników medycznych. Początkowo miał on stopniowo doprowadzić pensje do poziomów określonych w ustawie. Od 2021 roku minima są podnoszone co roku, a w 2022 roku ustawodawca dodatkowo zwiększył współczynniki dla poszczególnych grup zawodowych. Tyle w teorii.
„Medialne przykłady lekarzy zarabiających po 300 tysięcy złotych miesięcznie i więcej dotyczą jednak stosunkowo niewielkiej grupy spośród wszystkich wykonujących ten zawód” - mówi Tomasz Augustyniak, ekspert w dziedzinie organizacji i zarządzania ochroną zdrowia. Jak dodaje, tzw. kominy płacowe występują przede wszystkim wśród specjalistów, z których większość pracuje na umowach cywilnoprawnych i często łączy pracę w kilku placówkach.
Zdaniem eksperta przy aktualnym poziomie finansowania systemu polskiej ochrony zdrowia zdecydowanie nie stać na obecny model wynagradzania kadry medycznej, polegający na ustawowej, corocznej waloryzacji płac.
Bo samo rozwiązania wprowadzone w kolejnych latach funkcjonują dziś w zupełnie innych warunkach niż te, w których projektowano pierwotną ustawę. Wynagrodzenia medyków wzrosły, podobnie jak nakłady na ochronę zdrowia. Razem z nimi rosły jednak także koszty funkcjonowania całego systemu.
Więcej pieniędzy, ale czy więcej leczenia?
W tym miejscu pojawia się pytanie, którego nie da się ominąć: skoro państwo przez lata przeznaczało coraz więcej pieniędzy na ochronę zdrowia, dlaczego pacjent nie odczuł proporcjonalnej poprawy? Odpowiedź nie jest wygodna dla żadnej ze stron.
„System regulacji płacowych dla personelu medycznego przede wszystkim zwiększył koszty funkcjonowania systemu ochrony zdrowia, nie przynosząc jednocześnie skokowej poprawy w dostępności leczenia dla pacjentów” - mówi Tomasz Augustyniak w rozmowie z Atlasem Przyszłości.
Wzrost wynagrodzeń jest bowiem tylko jednym elementem układanki. Jeżeli pieniądze, które trafiają do systemu, w coraz większym stopniu pochłaniają rosnące koszty pracy, mniej zostaje na zwiększanie liczby świadczeń, inwestycje czy reorganizację placówek.
Do tego dochodzi problem zadłużenia szpitali i ograniczonej liczby pracowników w części specjalizacji. Im bardziej brakuje specjalistów, tym większa staje się ich siła negocjacyjna. A im większa jest ich siła negocjacyjna, tym trudniej publicznemu płatnikowi kontrolować koszty. Powstaje spirala.
Problem jest większy niż pensje
Dlatego sprowadzenie obecnego kryzysu do pytania, „czy lekarze zarabiają za dużo?” byłoby zbyt proste. Polska rzeczywiście wydaje na ochronę zdrowia więcej niż kilkanaście lat temu, ale wciąż pozostaje poniżej poziomu wydatków obserwowanego w części państw OECD i Unii Europejskiej. Jednocześnie problemem pozostaje sposób, w jaki te pieniądze są dzielone.
„Problemem polskiego systemu ochrony zdrowia są zarówno zbyt niskie nakłady finansowe, jak i nieefektywny sposób wydawania dostępnych w systemie pieniędzy” - tłumaczy ekspert.
Jednym z przykładów jest struktura szpitalnictwa. Polska ma relatywnie dużo łóżek szpitalnych w przeliczeniu na mieszkańca, a jednocześnie pacjenci nadal czekają na świadczenia.
Ile więc kosztuje dobry specjalista?
To pytanie jest źle postawione, jeśli oczekujemy jednej liczby. Wykfalifikowany medyk kosztuje więcej niż przeciętny pracownik, bo jego wykształcenie trwa latami, jego kompetencje są trudne do zastąpienia, a odpowiedzialność jest nieporównywalnie większa. Państwo musi więc zapłacić tyle, żeby opłacało się zostać w zawodzie, zdobywać specjalizację i pracować w publicznym systemie.
Każda złotówka przeznaczona na jego wynagrodzenie musi zostać zestawiona z innymi potrzebami systemu. I tu właśnie kończy się prosty spór o to, czy lekarze zarabiają za dużo. Bo można jednocześnie uważać, że państwo powinno dobrze płacić lekarzom i że obecny sposób ustalania ich wynagrodzeń jest nie do utrzymania.
Można też uznać, że Polska potrzebuje większej liczby medyków, a jednocześnie zauważyć, że samo zwiększenie liczby miejsc na studiach nie rozwiąże problemu, jeśli za kilka lat nadal będzie brakować konkretnych specjalistów w konkretnych miejscach.
I wreszcie można zwiększać nakłady na zdrowie, nie uzyskując proporcjonalnej poprawy, jeśli pieniądze nadal będą trafiały do systemu zbudowanego według reguł sprzed kilkunastu lat.
Dlatego pytanie o pensje w systemie ochrony zdrowia jest w gruncie rzeczy pytaniem o coś większego: jakiego systemu właściwie chcemy i ile jesteśmy gotowi za niego zapłacić.
„Staliśmy się zakładnikami odraczanej przez lata reformy sektora zdrowia, wachlarza zmieniających się wraz z cyklami politycznymi kierunków i braku jasnych, długofalowych priorytetów w polityce zdrowotnej. Bo przecież nie o wynagrodzenia tylko tutaj chodzi.” - puentuje Tomasz Augustyniak.
Liczby pokazują, gdzie leży część tej nierównowagi. Polska ma dziś 3,9 praktykującego lekarza na tysiąc mieszkańców, dokładnie tyle, ile wynosi średnia OECD. Jednocześnie mamy 6,3 łóżka szpitalnego na tysiąc mieszkańców, wobec 4,2 średnio w OECD, oraz 5,9 pielęgniarki na tysiąc mieszkańców, przy średniej OECD wynoszącej 9,2.
To udowadnia, że problem nie sprowadza się do samej liczby personelu ani wysokości wydatków. Liczy się bowiem także sposób organizacji systemu. OECD wskazuje w przypadku Polski na potrzebę racjonalizacji sieci szpitali, wzmocnienia podstawowej opieki zdrowotnej, lepszego planowania kadr i stworzenia zachęt do pracy tam, gdzie lekarzy rzeczywiście brakuje.
W praktyce oznacza to przesunięcie części leczenia ze szpitali do przychodni, rozwój podstawowej opieki i lepsze połączenie jej ze specjalistami. Dobrym przykładem jest Dania, gdzie lekarz rodzinny jest centralnym punktem systemu i pełni funkcję bramki do specjalistów oraz szpitali. Lekarze pierwszego kontaktu obsługują tam około 90 proc. kontaktów na poziomie podstawowej opieki. Przy planowaniu rozmieszczenia lekarzy uwzględnia się również demografię poszczególnych regionów.
Dobry lekarz zawsze będzie kosztował dużo. Państwo musi jednak wiedzieć, za co płaci, czego oczekuje od systemu i co pacjent dostaje w zamian. Dopiero wtedy można ocenić, czy więcej pieniędzy rzeczywiście kupuje lepszą opiekę, czy tylko pozwala utrzymać coraz droższą konstrukcję.



Komentarze