Polacy się bogacą, a dzieci rodzi się coraz mniej. Dlaczego pieniądze nie zatrzymały kryzysu demograficznego?
- Kuba Stasiak
- 13 sie
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 14 sie
Polacy są dziś znacznie bogatsi niż dekadę temu. W 2025 r. przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na osobę wyniósł 3500 zł i był realnie o 6,7 proc. wyższy niż rok wcześniej. Z dziećmi stało się coś dokładnie odwrotnego. We wskazanym okresie urodziło się ich około 238 tys., czyli aż 14 tys. mniej niż rok wcześniej. To jednocześnie najmniej w powojennej historii Polski.
„Przecież jesteśmy bogatsi”
Jeszcze kilkanaście lat temu można było tłumaczyć niski poziom dzietności pieniędzmi. Dziś powoli zaczyna brakować nam wymówek. Z najnowszego badania jakościowego Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że młodzi ludzie myślący o rodzicielstwie najczęściej mówią o mieszkaniach, stabilności zatrudnienia i niepewności, na co dowodem są przeprowadzone w latach 2024–2025 342 wywiady, trwające łącznie 228 godzin.
Centrum im. Adama Smitha szacuje, że wychowanie jednego dziecka do 18. roku życia kosztowało w 2024 r. około 346 tys. zł, czyli średnio 1602 zł miesięcznie. W przypadku dwójki było to już 579 tys. zł. To nie jest „cena dziecka”, lecz szacunek oparty na minimum socjalnym. Dobrze pokazuje jednak skalę wydatków, które pojawiają się wraz z rodzicielstwem.
Około 80 proc. tej kwoty stanowią podstawy, czyli żywność, mieszkanie, transport i edukacja. Największym wydatkiem nie jest więc wyprawka dla niemowlaka. Dziecko zmienia sposób funkcjonowania całego gospodarstwa domowego: może oznaczać większe lokum, dodatkową opiekę, więcej transportu, a z czasem także wydatki na edukację. Podobne zależności widać w innych krajach. OECD wskazuje na ceny mieszkań, opiekę nad pociechami, edukację i możliwość pogodzenia pracy z życiem rodzinnym jako czynniki wpływające na decyzje o rodzicielstwie.
Polski paradoks
I właśnie między innymi dlatego w ostatniej dekadzie państwo zaczęło mocniej wspierać rodziny. W odpowiedzi na zapaść demograficzną najpierw wprowadzono 500+, później świadczenie objęło wszystkie osoby poniżej 18. roku życia, a od 2024 r. wynosi już 800 zł miesięcznie. Program poprawił co prawda sytuację materialną gospodarstw domowych i ograniczył ubóstwo wśród najmłodszych, nie ma jednak mocnych podstaw, by twierdzić, że trwale odwrócił trend demograficzny.
Statystyki pokazują bardziej skomplikowany obraz. Anna Bokun w badaniu opublikowanym w 2024 r. w „Demographic Research” odnotowała krótkookresowy wzrost prawdopodobieństwa urodzenia o 1,5 pkt proc., przy czym efekt różnił się w zależności od wieku, dochodów i wykształcenia. Jan Gromadzki w analizie z 2024 r. oszacował z kolei, że program zwiększył liczbę urodzeń o około 6 proc., zmieniając przy tym strukturę osób decydujących się na rodzicielstwo.
Transfery mają więc znaczenie, ale nie załatwiają całej sprawy. Jest jeszcze przecież kwestia dochodów z pracy. Badanie dotyczące Polski wskazuje na około 20-procentowy spadek dochodów matek po urodzeniu dziecka, podczas gdy u ojców wzorzec jest inny. Rodzicielstwo może więc oznaczać nie tylko dodatkowe wydatki, ale także wolniejszy rozwój zawodowy albo czasowe wycofanie się z rynku pracy. Ten rachunek nadal w dużej mierze płacą kobiety.
Program Aktywny Rodzic próbuje część tego problemu przenieść z budżetu gospodarstwa domowego na budżet państwa. W zależności od wariantu można otrzymać między innymi do 1500 zł miesięcznie na opiekę.
To istotna różnica w porównaniu z uniwersalnym świadczeniem. Państwo nie zwiększa po prostu dochodu, lecz dokłada się do wydatku, który może decydować o możliwości powrotu do pracy. I właśnie tu zaczyna się pytanie o następną dekadę polityki rodzinnej.
Na co powinno wydawać państwo?
Jeżeli polski rząd chce wpływać na decyzje demograficzne, nie powinien ograniczać się wyłącznie do dokładania kolejnych pieniędzy do domowych budżetów, tylko sprawdzić, które bariery są faktycznie najdroższe i czy któreś z nich da się rzeczywiście usunąć.
Pierwsza to opieka nad najmłodszymi. Dla osoby wracającej na rynek pracy znaczenie ma nie tylko wysokość opłaty, ale też to, czy w pobliżu jest miejsce, w którym można zostawić malucha. W gminie bez żłobka nawet hojniejsze świadczenie nie rozwiązuje tego problemu. Dlatego środki publiczne powinny trafiać nie tylko do rodzin, lecz także tam, gdzie brakuje infrastruktury.
Druga sprawa to mieszkanie. Jeżeli drugie dziecko oznacza przeprowadzkę do większego lokalu, a decyzja oznacza wyższy czynsz albo większy kredyt, sam wzrost dochodów może nie wystarczyć. OECD wskazuje, że wysokie wydatki mieszkaniowe mogą opóźniać decyzję o założeniu rodziny, a większa liczba dzieci często wiąże się z potrzebą większej powierzchni.
Polityka rodzinna nie może więc być całkowicie oddzielona od mieszkaniowej. Zwiększanie podaży mieszkań tam, gdzie młodzi ludzie mają pracę, ale nie mogą znaleźć lokalu odpowiedniego dla rodziny, może być częścią polityki demograficznej. Nie ma co prawda gwarancji, że dodatkowe mieszkanie przełoży się na dodatkowe urodzenie. Może ono natomiast usunąć jedną z przeszkód, przez które decyzja o rodzinie jest odkładana.
Trzeci problem pojawia się na rynku pracy. Dziecko zmienia organizację dnia, ogranicza dyspozycyjność i może spowolnić rozwój zawodowy rodziców, a to wciąż nie rozkłada się to po równo między kobietę i mężczyznę. Pomoc nie powinna więc kończyć się na wypłacie świadczenia ani na pierwszych miesiącach po porodzie. Liczy się także to, czy rodzic ma dokąd wrócić po urlopie i czy urodzenie dziecka nie oznacza trwałego spadku dochodów.
OECD wskazuje, że płatne urlopy, dostępna opieka nad dziećmi i możliwość łączenia pracy z życiem rodzinnym wiążą się z wyższą dzietnością, szczególnie gdy rodzice mogą dzielić między siebie pracę i opiekę.
Nie ma programu, po którym Polki i Polacy nagle zaczną mieć po troje dzieci. Nawet kraje z rozbudowanym systemem świadczeń, urlopów i opieki nie uniknęły spadku dzietności, a państwo nie zdecyduje za ludzi, czy zostaną rodzicami. Może za to sprawić, że nie trzeba będzie wybierać między dzieckiem a większym mieszkaniem, między rodzicielstwem a pracą albo między opieką nad dzieckiem a własnym dochodem. I to jest chyba rozsądniejszy cel polityki rodzinnej niż próba kupienia wyższej dzietności kolejnym świadczeniem.



Komentarze