Polska po 16:00. Kowalski może poczekać
- Kuba Stasiak
- 4 dni temu
- 4 minut(y) czytania
Kwadrans po czwartej w centrum miasta niewiele się zmienia. Ludzie wychodzą z biur, na przystankach robi się tłoczniej, zaczyna się popołudniowy ruch, a jednak z punktu widzenia wielu instytucji dzień właśnie się kończy. Drzwi zamykają się przed tymi, którzy dopiero skończyli pracę. Wtedy zaczyna się codzienna gimnastyka: zdążyć, poprosić o wcześniejsze wyjście, wziąć wolne albo przełożyć sprawę na inny dzień.
Kto ustawił nam zegarek?
To nie jest problem wyłącznie urzędów. Rząd, wprowadzając wydłużone godziny obsługi interesantów, sam podał przykład pracownika zatrudnionego od 8 do 16, który żeby złożyć wniosek paszportowy w urzędzie czynnym do 15.30, musi zwolnić się z pracy albo wziąć urlop. Od 2025 roku urzędy służby cywilnej mają zapewnić przynajmniej jeden dzień w tygodniu z obsługą do 18. Podobnie wygląda to u lekarza. Przychodnia może być czynna do wskazanej godziny, ale nie oznacza to, że o 17.30 dostaniemy się do lekarza, którego potrzebujemy.
Oficjalne godziny otwarcia mówią więc jedno, a rzeczywista dostępność drugie. Pracownik, który kończy pracę o 16, ma codziennie do dyspozycji tę samą liczbę godzin co jego pracodawca, lekarz czy urzędnik. Różnica polega na tym, że to nie on decyduje, kiedy działają miejsca, z których musi korzystać. Przez lata uznawaliśmy to za normalne. Może właśnie z tą normalnością najwyższy czas skończyć.
Po co nam ten cały czas pracy?
Polacy są w pracy prawie najdłużej w Unii Europejskiej. W 2025 roku przepracowaliśmy średnio 38,7 godziny tygodniowo, więcej niż większość Europejczyków i tylko nieznacznie mniej niż Grecy, podczas gdy średnia dla całej Unii wyniosła 35,9 godziny. Można więc uznać, że jesteśmy pracowitym narodem, gospodarka potrzebuje ludzi przy biurkach, maszynach i kasach, a krótszy tydzień to luksus, na który przyjdzie czas, kiedy będziemy bogatsi. Tyle że ten argument ma jeden problem.
Od stulecia bogacimy się między innymi dlatego, że technologia pozwala zrobić więcej w krótszym czasie. A kiedy przychodzi moment, żeby część tego zysku oddać ludziom w postaci wolnego czasu, nagle okazuje się, że czas jest jedyną rzeczą, której gospodarka nie chce nam oddać. W 1930 roku John Maynard Keynes przewidywał, że sto lat później człowiek będzie potrzebował do pracy około 15 godzin tygodniowo. Teoretyk ekonomii zastanawiał się, co zrobimy z czasem, który dzięki postępowi technicznemu przestaniemy spędzać w pracy. Dziś jesteśmy już blisko końca jego horyzontu, a zamiast 15 godzin mamy w Polsce prawie 39.
Polski rząd właśnie sprawdza, czy można ten zegar choć trochę przestawić. W pilotażu skróconego czasu pracy uczestniczy obecnie 78 pracodawców i niemal 5 tysięcy pracowników, testujących różne rozwiązania, między innymi krótszy dzień pracy i dodatkowe dni wolne, przy zachowaniu dotychczasowej wysokości wynagrodzenia. Do programu zgłosiły się wcześniej 1994 firmy i instytucje. To ważniejsze, niż może się zdawać, bo rozwój technologii i lepsza organizacja pracy sprawiają, że część zadań można wykonać szybciej, a czas zaoszczędzony w ten sposób nie musi być automatycznie przeznaczany na kolejne godziny spędzone przy biurku.
Nie trzeba przy tym wierzyć, że każdy zawód da się zamknąć w czterech dniach. Nie da się tak samo skrócić pracy lekarza, pielęgniarki, kierowcy autobusu i programisty. Ale właśnie dlatego warto przestać traktować 40 godzin jako świętą liczbę. W jednych zawodach można przesunąć godziny, w innych je skrócić, a jeszcze gdzie indziej trzeba po prostu lepiej podzielić pracę między ludzi. W Islandii podobne eksperymenty objęły między innymi administrację publiczną, a pracownicy skracali tydzień z 40 do 35 lub 36 godzin bez obniżki pensji. Badania wykazały poprawę zamożności obywateli, a ich produktywność i poziom świadczonych usług pozostały na tym samym poziomie albo wzrosły. To oczywiście nie znaczy, że każdy pracodawca może jutro wyrzucić piątek z kalendarza. Pokazuje jednak, że krótsza praca nie musi oznaczać automatycznie gorszej pracy.
Nie pracować krócej. Żyć dłużej
Włocławek zrobił rzecz, która jeszcze niedawno wyglądałaby jak eksperyment dla idealistów. W miejskim urzędzie skrócono tygodniowy czas pracy z 40 do 35 godzin, nie obniżając przy tym wynagrodzeń. Prezydent miasta tłumaczył, że chodzi przede wszystkim o zmianę organizacji pracy, a nie o to, żeby pracownicy po prostu wcześniej wychodzili do domu. To ważne rozróżnienie, bo krótszy czas spędzony w biurze czy urzędzie nie musi wcale oznaczać Polski, w której wszystko zamyka się wcześniej. Urząd nie może zamknąć drzwi o 13, lekarz skończyć przyjmować przed obiadem, a autobus odjeżdżać wtedy, kiedy kierowcy kończy się zmiana. Jeśli chcemy odzyskać czas, trzeba najpierw przestać mylić czas pracy z czasem działania instytucji.
Dlatego najlepszym rozwiązaniem nie jest jeden model dla wszystkich. W jednym miejscu będzie to pięciodniowy tydzień po siedem godzin, w innym dodatkowy wolny dzień, w jeszcze innym przesunięcie części zmian na późniejsze godziny. W urzędzie część pracowników może zaczynać wcześniej, a część później, tak żeby konkretna placówka była dostępna również po 16. Sprawy, które można załatwić przez internet, nie wymagają kolejnego okienka. Te, które wymagają kontaktu z człowiekiem, powinny być dostępne wtedy, kiedy obywatele mogą z nich skorzystać. Jeżeli najpierw usuniemy zbędne spotkania, ograniczymy czynności, które można zautomatyzować, lepiej podzielimy zmiany i pozwolimy ludziom decydować, kiedy wykonują pracę, krótszy tydzień nie musi oznaczać mniejszej ilości wykonanej pracy. 40 godzin tygodniowo nie jest prawem natury, a godzina 16 nie powinna być granicą między państwem, które działa, a człowiekiem, który właśnie skończył pracę.
Polska właśnie zaczęła to sprawdzać. W rządowym pilotażu skróconego czasu pracy uczestniczy 78 pracodawców i niemal 5 tysięcy pracowników. Testowane są różne modele, a wynagrodzenia uczestników mają pozostać na dotychczasowym poziomie. Ministerstwo nie zakłada jednego rozwiązania dla wszystkich, bo krótsza praca w fabryce, urzędzie i firmie informatycznej oznacza zupełnie inne problemy organizacyjne.
Na początku tego tekstu był kwadrans po czwartej. Miasto dopiero zaczynało swoje popołudnie, a dla wielu instytucji dzień już się kończył. Może więc zamiast zmuszać ludzi, żeby dopasowywali swoje życie do godzin pracy państwa, czas przestawić zegarek po drugiej stronie.



Komentarze